Właściwie nic 1

Właściwie, nie mam za wiele do powiedzenia.

Siedzę i patrzę, czasami przed siebie. Częściej tak bez celu, w ten nieokreślony punkt, który dopiero staje się początkiem czegoś gdzieś, w nie odkrytej przestrzeni. Nie wiem, jak mam to określić jak wyjaśnić niespodziankę, która tylko podrażnia zmysły. Nie mogę tego nazwać, nic nie mogę zlokalizować. Może tylko czuję. Ale, raczej domyślam się istnienia otoczenia, do którego warto dotrzeć. Mówi się o wspomnieniach. Dlaczego nie złudzeniach, wymysłach? Kto nam udowodni naszą prawdomówność, absolut przecież jest poza naszymi granicami. Nikt nie jest w stanie sprawdzić ich przekroczenie.

Patrzenie jest dosyć niepewnym źródłem wiedzy. Chociaż obserwacja przy wykorzystaniu swojego mózgu może dostarczyć wiele informacji, tak naprawdę ile jest warta? Przy mirażach, które określamy jako religia, wiedza, doświadczenie, całe te ludzkie gromadzenie danych może okazać się pomyłką. Jeżeli zarówno, wszyscy się mylimy, jak i mamy rację, granica błędu jest nadal nieokreślona.

Tylko jak mamy to uczynić, bez punktu odniesienia. Jeżeli ktoś uważa, że jest nim Bóg, albo nauka, być może od jakiegoś czasu jest na manowcach. Wszystko, co widzimy, opisujemy, gromadzimy dane - przez ludzi i dla ludzi, na pewno jest ważne. Z naszego punktu widzenia. Ale co to za punkt. Ziemia, plamka w kosmosie. Z tym swoim zamieszaniem wokół cywilizacji, która rozwijając się jednocześnie cofa się przytłoczona nadmiarem iluzji. Ciągle popełniamy ten sam błąd, żyjemy i śnimy, marzymy i działamy. Tworząc zadania oraz zapisując wyniki, wyjaśniając badania jednocześnie błąkamy się między naszymi uczuciami. Wychodzące książki powtarzają fragmenty poprzednich źródeł, które wcześniej były cytowane kolejny raz. Po oczyszczeniu naszej mądrości niewiele zostaje. Nazywam to echem smaku wiedzy. Ci, którzy faktycznie ją gromadzili zostawili nam niezłą spiżarnię. My, zdaje się, tylko dodajemy przyprawy. Ale, to kulinarne porównanie ledwie ociera się o moje zrozumienie świata. Tak właściwie, mówiąc o wspomnieniach miałem na myśli pewną ciągłość istnienia. Może myśli całego wszechświata od początku, kiedy wszystko musiało już być tak drobne jeszcze nieśmiałe, nieopisane bo i przez kogo? Powinny być tam przecież galaktyki i mgławice, scenografia naszej pustki, w której niektórzy szukali i tak liczni szukają odpowiedzi, sensu, przepisów, jakiejś liczby albo litery, całej tablicy wzorów, te czasopisma tez i wniosków, książki, które nie mają końca.